Tuchów – nowa stolica polskiego wina?

Tym razem nie chcę być ostatnim i tuż po intensywnym winiarsko weekendzie spieszę ze swoją relacją. Ustawowo spokojny czas pomiędzy piątkiem a niedzielą wypełniony został gruntownie przez Małopolskie Stowarzyszenie Winiarzy oraz Miasto i Gminę Tuchów – organizatorów trzech, równolegle odbywających się imprez winiarskich, którym przewodził I Międzynarodowy Festiwal Wina w Tuchowie promowany pod nazwą TUCHOVINIFEST. Poza imprezami nietematycznymi, których obecność tylko wzbogacała atmosferę winiarskich wydarzeń (między innymi Międzynarodowe Spotkanie Miast Bliźniaczych i zjazd pojazdów zabytkowych) w Tuchowie odbył się także XI Konwent Polskich Winiarzy oraz I Międzynarodowy Konkurs Win TUCHOVINICONTEST.

logo

Zanim przejdę do własnych refleksji na temat stanu polskiego winiarstwa, krótko o ostatnim Konwencie. Jak zwykle bywa, gdzie dwóch polaków tam trzy zdania a jak wiemy, narodowy konwenans nakazuje aby w większości były one negatywne 🙂 Zacznę zatem z wrodzonego optymizmu od plusów i w barejowskim stylu poproszę Was aby nie przysłoniły Wam one kilku minusów, których obecność jest wpisana w urok każdego wydarzenia.

 

ORGANIZACJA 

Samo miasto Tuchów jest miejscem wyjątkowo spokojnym i urokliwym. Żałuję bardzo, że intensywny plan zajęć w ramach winiarskich imprez nie pozwolił na jego dokładniejsze zwiedzenie. Refleksje pozostałe w mojej głowie skupiają się na przytulnym rynku gdzie odbywały się opisywane wydarzenia i chęci powrotu do miłego miasteczka aspirującego do miana stolicy małopolskiego wina. Na pochwałę zasługuje zaangażowanie lokalnych władz, które w widoczny sposób włożyły dużo wysiłku i osobistego zaangażowania w nasze winiarskie święto. Współpraca pomiędzy lokalnymi winiarzami wzbogacającymi ofertę turystyczną a lokalnymi władzami wspaniale procentuje już w Jaśle, Tuchów zdaje się zatem naśladować najlepsze wzorce.

konwent01

Otwarcie konwentu, na pierwszym planie Wojciech Bosak (PIWiW), w tle panel oceniający. Fot. Radosław Froń

Jak co roku, było niezwykle przyjemnie spotkać się z branżowymi przyjaciółmi, spróbować nowych polskich win i nadrobić towarzyskie zaległości. Integracja jest tym elementem konwentu, który choć najmniej merytoryczny wnosi do naszego środowiska bardzo wiele. Wielkie ukłony należą się w tym miejscu głównemu sponsorowi konwentu, firmie Scharfenberger produkującej maszyny niezbędne dla produkcji wina, która gościła nas już pierwszego dnia w swojej polskiej fabryce (TSN) pod Krakowem i w tejże fabryce, pośród winiarskich pras dbała o czynnik integracyjny. Niezwykle sympatyczna atmosfera, przednie niemieckie wina i strawa sporządzana przez pracowników firmy na grillach rozpalanych przemysłowymi palnikami pozostaną zapewne w naszej pamięci jako wyjątkowo miłe wspomnienie. Niestety nie uczestniczyłem w biesiadzie plenerowej drugiego dnia. Większość winiarzy zdecydowała się opuścić Tuchowski rynek wcześniej na wieść o odwołaniu wydarzenia ze względu na niezbyt przyjazną pogodę. Integracja kontynuowana była jednak w podgrupach na imprezach w lokalnych winnicach świętujących konkursowe medale oraz w goszczących nas hotelach.

Prawdą jest, że bez małych wpadek organizacyjnych i tym razem się nie obyło (nie Tuchów pierwszy i nie ostatni). Podstawowym problemem była z pewnością lokalizacja wydarzenia. Nieklimatyzowana sala gimnastyczna z samej definicji nie jest najlepszym miejscem do degustacji wina, szczególnie tak wymagającej jak konwentowy przegląd ponad 70 etykiet. Efektu łatwo się domyślić. O ile białe wina zdążyły się już poważnie podgrzać po przeniesieniu z chłodni o tyle czerwone, późnym popołudniem tego upalnego dnia wprowadziły degustacyjne grono na drogę przez męki. Także zła akustyka jaka jest oczywista dla takiego miejsca angażowała ponad siły dodatkowy zmysł słuchu, pozwalający na pozostanie w kontakcie z panelem oceniającym wina i nadążanie za zawartością swojego kieliszka. Jako zaangażowany w organizację poprzedniego konwentu w Jaśle (który odbywał się także na sali gimnastycznej), przypomnę jednak że w obu lokalizacjach było to niestety najlepsze miejsce jakim dysponowało miasto (jedyne, zdolne do przyjęcia i pomieszczenia ponad 100 ludzi). Nieco zepsuci przyjęciem w paradnych salach prastarych zamków odwykliśmy najwyraźniej od prostej formy i kolejne konwenty powinny zwrócić większą uwagę zarówno na stan wina podlegającego zbiorowej ocenie jak i formę oceniających (też nieco przegrzanych).

20160805_191155

Przywitanie gości w fabryce TSN. Fot. Radosław Froń

Z pewnością nie sprzyjało integracji rozdzielenie pomiędzy kilkoma hotelami w Tarnowie. Nie należy się jednak spodziewać dużej bazy hotelowej po małym Tuchowie. Także w większym miastach takich jak Jasło czy Sandomierz winiarze musieli się rozjechać busami do rożnych miejsc nocnego spoczynku mimo, że znajdowały się one w granicach administracyjnych miast. Poważna refleksja dotycząca wielu wspomnianych wyżej problemów także i tutaj podpowiada, że dla większego komfortu, Konwenty i towarzyszące im imprezy może powinny jednak gościć w dużych miastach. Standard wybranych hoteli (przynajmniej mojego) był natomiast wyjątkowo dobry. Uszanowanie dla organizatorów w tym zakresie

Bardzo praktycznym pomysłem było natomiast zorganizowanie dostawy obiadu wprost do zajmowanych przez nas miejsc. Przerwy obiadowe, związane z kolejkami, kuponami, poszukiwaniem wolnych miejsc i słabą dyscypliną powrotu zawsze burzyły przyjęty przez organizatorów porządek. Tym razem było zdecydowanie sprawniej nawet jeśli zawartość obiadowych zestawów nie odpowiadała gustom wszystkich gości.

 

WINO 

Trudnym zadaniem jest odniesienie się do wszystkich win prezentowanych podczas degustacji panelowej. Rocznik 2015, który panował w naszych kieliszkach był wyraźnie rokiem dobrym ale uśpiona niezłą pogodą czujność winiarzy dała się chyba we znaki niekórym powstałym wówczas winom. Polska biel pokazała dobrą klasę i niezłą stabilność formy. Wiele win wraz ze swoimi twórcami zebrało słuszne brawa i pozytywne komentarze. Stosunkowo niewiele win stanowiło pożywkę dla studentów enologii poszukujących z naukowej ciekawości technologicznych wad.

20160807_145930

Polskie wino cieszyło się niemałym zainteresowaniem Tuchowian. Przy stoisku Winnicy Krokoszówka Górska zawsze tłoczno. Fot. Radosław Froń

Jedyne co osobiście mnie nie radowało to monotonia nudnych Solarisów – oczywistym jest dla mnie, że w tym kraju trzema mieć w ofercie coś z wyraźnymi aromatami i lekkim cukrem resztkowym, co nadto udaje się niemal w każdym roku. Półwytrawny Solaris urasta jednak niepotrzebnie do rangi wina narodowego. Z uszanowaniem dla Solarisów, jednak z zachwytem nad winami ambitniejszymi, składam szczególne wyrazy uznania dla winnicy Uroczysko – jedynej polskiej winnicy która w odbywającym się międzynarodowym konkursie win sięgnęła po złoty medal za wino Hibernal 2015 (choć wielu innym zabrakło naprawdę niewiele).

Dobry poziom pokazał polski róż. Wina lekkie, zwiewne, które przy osiąganej bez większego wysiłku dojrzałości stanowią w mojej ocenie najlepsze wykorzystanie czerwonego surowca. Szczególnie w tej kategorii, przy konsekwentnym doskonaleniu technologii w następnych latach upatruję win, które śmiało mogą konkurować z resztą winiarskiego świata bez niepotrzebnych tu kompleksów. Niezmiennie moim faworytem w kategorii róż 2015 pozostaje Cfajgeld XV (Zweigelt) z Winnicy Modła.

13887009_10154373173379344_6539175318037719452_n

Wywiad z jedynym z obecnych na Konwencie producentem win musujących – Andrzej Barański (Winnica Gaj). Fot. Monika Bielka-Vescovi

Co się zaś tyczy win czerwonych… Nie jest źle ale dobrze też nie było. Przyznaję się do spadku degustacyjnej formy z uwagi na temperaturę win, choć muszę przyznać, że te niezamierzone warunki testu sprzyjały technologicznej analizie. Wszystko to co ukryte w zimnym winie uderzyło w zmysły pijących po jego ogrzaniu. Wiele win czerwonych to niestety wciąż półprodukty wciśnięte przed czasem w szklane opakowanie, szorstkie, nieprzyjazne, wciąż niestabilne, z przerwaną lub niedokończoną fermentacją jabłkowo-mlekową. Znam oczywiste motywy pośpiechu, od tych które nakazują osuszyć wypełniające przestrzeń winiarni zbiorniki (które będą jednak potrzebne najwcześniej we wrześniu!) aż po te, które za dobre wino nakazują uważać jedynie to sprzedane, bez względu na okoliczności (wciąż wierzę utopijnie, że rzemieślnicze winiarstwo polskie ma w sobie więcej elementu pasji i sztuki niż przemysłu i finansowego wyrachowania – w skali większości polskich winiarzy to drugie nie ma bowiem żadnego uzasadnienia).

Drugi problem polskiej czerwieni to siłowe forsowanie swojego pomysłu na wino. Ciężkie wina, z wyraźnym charakterem, potężną taniną i solidną strukturą wymagają materiału równie ambitnego jak pomysł autora. Są oczywiście możliwe do uzyskania w najlepszych lokalizacjach i w dobrych latach ale nie są tym do czego polska winorośl dojrzewa rutynowo. Zdaje się, że winiarze zapominają niekiedy, że wino robi się w winnicy a dojrzałość 2015 nie była mimo wszystko rekordowa i niekiedy podważała sensowność produkcji. Zrozumiałe jest szaptalizowanie win w celach ratunkowych, by nie zmarnować dorobku całorocznej pracy. Poprawianie moszczu aby nadać przyzwoitym potencjalnie lekkim winom „tęgości” budzi jednak moje zaniepokojenie. Tym bardziej dziwi nielogiczne postępowanie w przypadku winiarzy, którym zależy na szybkiej sprzedaży swoich produktów. Miast wykorzystać materiał w zgodzie z wolą opatrzności i swoim własnym planem sprzedażowym produkując w gorszych latach wina różowe lub lekką, soczystą, owocową czerwień (którą mogą sprzedać gotową już wczesną wiosną ku radości konsumentów poszukujących bezpretensjonalnego wina o łatwej pijalności), silą się często na uporczywe wyciąganie z wina wyraźnie brakującego mu potencjału. Efektem tego (co szczególnie widoczne w złych lokalizacjach i latach), miast prostych ale dobrych win z mniej szlachetnych szczepów jak Leon Millot, często powstają wyśrubowane w zamyśle Regenty po długiej maceracji, niekiedy niezrozumiałej przygodzie z dębiną w kolorze denaturatu i buraczanym zapachu, które pijalne staną się po dłuższym czasie zapomnienia. Klasę pokazały oczywiście wina czerwone w których entuzjazm autora nie przesłonił profesjonalizmu i cierpliwości. Stworzone bez pośpiechu i ze znawstwem wina czerwone z Pałacu Mierzęcin (Regent Reserva 2013) oraz Winnicy Zadora (Bene 2013) wyraźnie odstawały od czerwonej przeciętności i sprawdziły się jako wina do spożycia w warunkach tropikalnych 🙂

Ku wielkiemu rozczarowaniu na konwencie pojawiło się tylko jedno wino musujące (Winnica Gaj). Wino w kategorii, która choć kłopotliwa, trudniejsza i droższa w produkcji może przynosić w naszych warunkach wyjątkowo udane wina a polskiemu winiarstwu międzynarodową sławę.

 

WINIARZE

Wydaje się, że coroczny a organizowany już od ponad dekady przez Polski Instytut Winorośli i Wina we współpracy z lokalnymi stowarzyszeniami Konwent Polskich Winiarzy, jest najważniejszą imprezą z branżowego punktu widzenia. Jest to wyjątkowe i unikatowe wydarzenie podczas którego (przynajmniej z definicji) zjeżdżają się winiarze z całego kraju aby spróbować, porównać i ocenić swoje wina z poprzedniego roku. Konwent pozostawał dotychczas swoistym barometrem rynku polskiego wina. To tutaj większość polskich butelek pokazywana była szerszej publiczności w przeddzień swojej premiery. Tu początkujący winiarze mogli odnieść swoje pierwsze wina to tych z „pierwszej ligi” polskiego winiarstwa. Tutaj też mogli zawsze liczyć na konstruktywną krytykę i życzliwą radę bardziej doświadczonych kolegów i profesjonalnego panelu, który dla zapewnienia szerokiej perspektywy ocen składał się z enologów, sommelierów i dziennikarzy winiarskich.

20160807_145957

Namioty Festiwalu Wina na Tuchowskim Rynku. Fot. Radosław Froń

Niepokojące jest, że na tegoroczny konwent nie dotarło wielu winiarzy, którzy dziś kształtują rynek swoimi, dojrzałymi już produktami. Poza chlubnymi wyjątkami, nie pojawiła się spora część pionierów polskiego winiarstwa, którzy odnoszą niemałe sukcesy a ich wina stanowić mogą doskonały punkt odniesienia dla nowicjuszy. Szczególnie przykre było to gdy nieobecnych na konwencie udało się odszukać na samym święcie wina, pozbawionych najwyraźniej potrzeby niesienia kaganka oświaty i przyjaźnienia się ze środowiskiem z którego wyrośli, miast tego wpatrujących się sumiennie w swoje kasy fiskalne. Oczywiście usprawiedliwieni są wszyscy Ci, którzy nie przybyli z przyczyn niezależnych od siebie lub zwyczajnie dla których niezbyt szczęśliwy termin konwentu kolidował z urlopem lub wręcz przeciwnie – szczytem sezonu w enoturystyce. Dla komercyjnie obecnych w Tuchowie, których wraz z winami zabrakło na Konwencie nie znajduję jednak zrozumienia.

Kończąc tę przydługą relację, chciałbym jednak podkreślić, że sam bawiłem się wyśmienicie. Nie można zapominać o bardzo pozytywnej i przyjaznej atmosferze, która towarzyszyła nam w szczególności ostatniego dnia, gdy złośliwa pogoda przestała płatać figle i obdarzyła nas słońcem. Winiarski weekend w Tuchowie uważam też za ważny dla polskiego winiarstwa. Nawet jeśli nie był on triumfalnym pochodem naszego środowiska to obnażył parę problemów, które warto naprawiać. Czy wykorzystamy to doświadczenie dla dobra polskiego wina zależy już wyłącznie od samych winiarzy.

Bardzo dziękuję organizatorom za wysiłek włożony w organizację. Z całą pewnością przy szczerej pasji i pokładach radości, które Wam towarzyszą wykorzystacie to pierwsze święto wina w Waszym mieście jako fundament do organizacji kolejnych, coraz doskonalszych edycji Międzynarodowego Festiwalu Wina, na których jak ufam, będę miał okazję gościć 🙂

paragrafwkieliszku

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *